Moje trzy porody - historia z happy endem

2016-05-16
Moje trzy porody - historia z happy endem

Dzisiejszy wpis nie będzie pieluszkowy. Będzie za to najbardziej intymny… Nie chodzi mi jednak o to, by się tu uzewnętrzniać :) ale by pomóc – nawet jeśli tylko jednej z was, to i tak będzie coś.

Jest mi niezmiernie smutno, gdy słyszę od kolejnej kobiety, że jej poród był straszny. Jestem przekonana, że doprowadziła do tego nasza cywilizacja – zmedykalizowanie ciąży i porodu oraz presja, by poród przebiegł jak najszybciej (a nie jak najłagodniej). Wiemy już, że coca cola i tłuszcze trans są złe, czas na powrót do normalności w porodach :)

poród

Zdjęcie: boulderfertility.weebly.com

Marzy mi się, by kobiety przestały kojarzyć poród z cierpieniem.

„Gadaj zdrów!” – powiesz, bo na 90% twój poród albo porody twoich koleżanek były przeżyciem traumatycznym, koszmarem albo czymś w tym zakresie „przyjemności”. Wiem, co czujesz. Sama tak myślałam jeszcze kilka miesięcy temu. Słyszałam o akcji „Krąg opowieści porodowych” i miałam ochotę rzucać kamieniami w te dziewczyny, które przyjście swoich dzieci na świat wspominają z przyjemnością. Po dwóch porodach, z których drugi był trzy razy gorszy od pierwszego, byłam gotowa na cesarkę. Na szczęście do tego nie doszło. Udało mi się przygotować do porodu, który był dobrym, spokojnym doświadczeniem. Jasne, trochę bolało :) Jednak w żadnej chwili nie czułam, by ból mnie przerastał. Mam nadzieję, że opisane przeze mnie historie pomogą także tobie w przygotowaniu się do porodu, który będzie pięknym wspomnieniem.

Ale od początku.

Gdy rodziłam pierwszego syna, zupełnie się do porodu nie przygotowywałam. Wyszłam z założenia, że w szpitalu przecież i tak zapomnę jak trzeba oddychać, każdy poród jest inny a położne i lekarze na pewno pomogą mi najlepiej, jak umieją. I dobre, i złe to było podejście. Dobre, bo nie panikowałam i byłam przekonana, że sobie poradzę. Złe, bo ufałam, że położne i lekarze wiedzą, co jest dla mnie najlepsze. A niestety tak nie jest. Nie chcę zanudzać was kolejną opowieścią o smutnym porodzie, napiszę tylko tyle, że był on typowo polski – bez żadnych wskazań dostałam oksytocynę, kazali mi leżeć, podłączyli pod różne maszyny, nacięli rutynowo krocze… Mój organizm zareagował na oksytocynę tak, że miałam jeden wielki skurcz przez 5 godzin – nikt mi nie wierzył, jak mówiłam, że boli mnie cały czas, że nie widzę różnicy między skurczem a przerwą. Nic to. Młoda i dzielna byłam i po tych 5 godzinach urodziłam Grzesia.

Za drugim razem byłam mądrzejsza.

Wiedziałam już, że nie mogę dostać oksytocyny :) Chciałam, by poród był jak najbardziej naturalny, wybrałam więc dom narodzin przy szpitalu Świętej Zofii. Byłam przekonana, że skoro jest to drugi poród, to pójdzie łatwiej i szybciej. Może i by tak było, popełniłam jednak dwa błędy – za wcześnie przyjechałam do szpitala i za bardzo byłam skoncentrowana na myśli, że „już chcę urodzić”. Zamiast na spokojnie czekać na rozwój akcji w domu, w przyjaznym otoczeniu, trafiłam na izbę przyjęć, gdzie dodatkowo musiałam dość długo czekać na badanie. Po zbadaniu położna przekonywała mnie, bym wróciła do domu, ja jednak uparłam się, że już zostanę. Niemądra ja :( I jak przyjechałam z dwoma centymetrami, tak te dwa centymetry przez kolejne kilkanaście godzin miałam. Mimo regularnych skurczy szyjka nie chciała się rozwierać. Na zewnątrz byłam ostoją spokoju, ale wewnątrz byłam zła, że nic się nie dzieje, choć tak bardzo się staram (piłka, wanna itp.). Możecie sobie wyobrazić, że po kilkunastu godzinach skurczy byłam już wykończona. Zdecydowałyśmy z położną, że przeniosą mnie na normalny oddział i najpierw przebiją pęcherz, a jeśli to nie pomoże, to podadzą oksy. Blada ze strachu i ledwo żywa szłam na górę. Przebicie pęcherza pomogło, szyjka zaczęła się rozszerzać. Ale ból był przeraźliwy. Zanim urodziłam trwało to jeszcze kilka godzin. Krzyczałam, chciałam wtedy umrzeć, naprawdę. Pod koniec nie miałam siły pchać więc ktoś się na mnie położył, musieli mnie znowu naciąć… Zosieńka urodziła się cała i zdrowa, ale rano zobaczyłam, że mój mąż osiwiał na brodzie…

Możecie więc sobie wyobrazić z jakim entuzjazmem podchodziłam do trzeciego porodu.

Strasznie się go bałam. Z drugiej strony nie chciałam cesarki, bo kto by chciał mieć rozkrajany brzuch?! Ponadto przy cesarce nie można poczekać aż pępowina przestanie tętnić, nie można od raz wziąć dziecka w ramiona… Byłam rozdarta. Koniec końców postanowiliśmy z lekarzem, że spróbuję urodzić naturalnie, a jeśli sytuacja mnie przerośnie, to mnie pokroją. I chyba właśnie to zapewnienie, że w razie czego nie będę musiała przez ten koszmar przechodzić jeszcze raz, dało mi wewnętrzny spokój.

Kilka tygodni przed porodem zaczęłam się do niego przygotowywać. Obejrzałam na jutubach wszystkie filmy o porodach zgodnych z naturą. To były piękne historie o kobietach, które rodziły w domu, w ogrodzie. O położnej z Amazonii, która pomaga kobietom z kilku wiosek. O naturalnych sposobach łagodzenia bólu. Oglądałam też filmy o porodach zwierząt! Tak, te wszystkie historie pokazały mi, jak powinien wyglądać poród. Czy widzieliście kiedyś, by kotka albo klacz wyły z bólu? Nie, one instynktownie wiedzą, co robić, by poród przebiegał łagodnie. Tak jak i kobiety, które nie mają dostępu do szpitali, kroplówek i monitorów. Trzeba wsłuchać się w siebie, wyciszyć, nie patrzeć na zegarek. Zaczęłam też czytać świetną książkę Iny May Gaskin „Poród naturalny” (ale nie skończyłam, bo Hania urodziła się w 38. tygodniu:).

W sumie wszystkie te historie podniosły mnie trochę na duchu, miałam też deskę ratunkową w postaci cesarki. Z odwagą w sercu postanowiłam nie dać się strachowi. Wiedziałam, że muszę powiedzieć nie oksytocynie, przebijaniu pęcherza i zbyt szybkiemu wyjazdowi do szpitala :) Nie spodziewałam się jednak, że mój super-naturalny poród będzie trwał 2,5 doby!

Pokaż więcej wpisów z Maj 2016
Podziel się swoim komentarzem z innymi
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel